Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

czerwca 16, 2026

Weekendowy Kraków z psem

Weekendowy Kraków z psem
Pod koniec maja wybrałyśmy się z Nuką na szybką weekendową wycieczkę do Krakowa. Choć słowo "szybka" częściowo jest niezgodne z prawdą, bo nazwanie siedmiogodzinnej podróży pociągiem czymś szybkim byłoby kłamstwem i to ogromnym. Ale w kwestii samego czasu spędzonego w Krakowie to fakt — była to bardzo szybka wycieczka, bo byłyśmy tam niecałe dwa dni.
Podróż pociągiem numer 1.
Siedem godzin jazdy pociągiem nawet dla mnie brzmi dość męcząco, a co dopiero dla psa? Mimo małych obaw co do tego, jak Nuka zniesie tak długą podróż, ani razu przez myśl mi nie przeszło, żeby zrezygnować czy szukać opcji przejazdu z przesiadkami, żeby mieć czas na spacer. I na dobre mi to wyszło. Na trasie Olsztyn-Kraków po wejściu do pociągu Nuka była nieco zdezorientowana, ale tak jak ja, bo miałyśmy mieć miejsce w czwórce przy stoliku, jednak przez zmianę składu pociągu przypadło nam zwykłe miejsce. Początkowo miał ktoś się do nas dosiąść, jednak państwo byli bardzo mili i z racji wolnych miejsc za nami uznali, że póki nikogo nie ma to oni sobie tam usiądą. Bardzo nam to ułatwiło podróż, bo Nuka mogła się swobodnie rozłożyć w nogach, przewracać z jednego boku na drugi i elegancko spać przez calutką podróż. Serio, sama mnie tym zaskoczyła. Dosłownie w momencie ruszenia pociągu ze stacji w Olsztynie, Nuka opadła na podłogę i do stacji w Krakowie nie podniosła się wcale. Ponad 7 godzin drogi. No dobra, zdarzyło jej się unieść głowę, ale trwało to za każdym razem kilka sekund i zaraz znowu wracała spać. Nie zdenerwował jej nawet mały pies przechodzący przy jej głowie czy też później krzyczący na cały wagon. Na przechodzących korytarzem ludzi nawet nie zwracała uwagi.
Olsztyn - Kraków
Kraków.
Kraków przywitał nas strasznym tłumem na dworcu. Manewrowanie z bagażem i dużym psem nie było wygodne, mimo to poszło nam sprawnie i w miarę szybko przeszłyśmy do tunelu tramwajowego skąd ruszyłyśmy w stronę naszego hotelu. W tramwaju również było dość tłoczno i przede wszystkim bardzo głośno podczas jazdy. Nawet hałas warszawskiego metra nie był tak męczący, jak krakowskie tramwaje. Nuka siedziała grzecznie, czasem tylko reagując na głośne stukanie. Niestety — z nie do końca znanego mi powodu — dosłownie przystanek przed naszym docelowym postanowiła zwymiotować żółcią. Wykluczam powód jakim mógłby być głód, bo z samego rana dostała jedną trzecią swojego śniadania, a poza tym przecież ona potrafi nie jeść czasem cały dzień i nic jej nie jest, więc być może było to na tle stresowym. Po tym jak wysiadłyśmy Nuka zachowywała się, jak gdyby nigdy nic.
Hotel przywitał nas pokojem na 3 piętrze, więc niestety trzeba było kilka razy dziennie chodzić po schodach, co nie do końca było dla Nuki komfortowe, ale jest jak jest. Nuczka czuła się jak u siebie, szybko się zaaklimatyzowała, znalazła swój ulubiony kąt w pokoju i tam najczęściej spała. Oczywiście gdy tylko mogła pchała mi się na łóżko, bo na co dzień w domu nie ma takiej wolności.

Dzień pierwszy zakończyłyśmy wypadem na Bagry, które były dość blisko hotelu. Piątkowy wieczór był bardzo ciepły i słoneczny, więc było tam bardzo dużo ludzi i psów, ale Nuczka zachowywała się bardzo ładnie. Szła na flexi, żeby miała więcej swobody po całym dniu bycia ograniczonym owczarem i wcale nie żałowałam tego wyboru (a powiem wam szczerze, że czasem żałuję). Fajnie się słuchała, nie wywaliła się na żadnego psa jakoś bardzo niemiło, robiła ładne mijanki, kiedy trzeba było nawet spokojnie poleżała na trawie. Do wody oczywiście również weszła. Miała zakaz, ale tak jej się chciało pić, że pozwoliłam jej podejść do brzegu. A że ona pije wodę całą sobą to zamoczyła się do brzucha (na całościową kąpiel nie było szans, jeśli miała wyschnąć przed wejściem do hotelu).
Drugi dzień rozpoczęłyśmy wcześnie rano i od razu ruszyłyśmy na luźny spacer po Bagrach. Było pochmurnie, trochę deszczowo, więc zakładałam, że będzie tam mało ludzi i się nie pomyliłam. Spacer był przyjemny, nawet zrobiłyśmy krótki trening posłuszeństwa, który wyszedł bardzo fajnie.

Po powrocie do hotelu i krótkim odpoczynku ruszyłyśmy w kierunku starego miasta, wcześniej zahaczając o szybkie śniadanie, podczas którego Nuczka grzecznie leżała przy stoliku. Tak naprawdę nie miałyśmy planu gdzieś konkretnie iść. Raczej wszystko odbywało się na zasadzie: pokręcimy się w kółko, może coś zjemy w jakiejś knajpce, posiedzimy w parku przy starówce i jakoś tak ten czas minie. Dodatkowo zaczęło padać i po czasie uważam, że to nawet lepiej niż gdyby miało świecić cały dzień pełne słońce, choć wtedy nie byłyśmy zachwycone (brak jakiegokolwiek parasola czy kurtki przeciwdeszczowej, bo bagaż musi być jak najmniejszy, a prognozy przecież zapowiadały słoneczko).
Na starówkę dojechałyśmy tramwajem. Ludzi było okropnie dużo nawet jak na tak brzydką pogodę, ale nie było to dla Nuki żadnym problemem. Dzielnie dreptała przez miasto, nawet kilka razy zapozowała spokojnie do zdjęcia i została na odległość (gdy ja odeszłam kilka metrów, żeby zrobić jej fotkę). Na moment weszłyśmy do sukiennic, gdzie już człowiek niemal stał na człowieku. Widziałam lekkie zdezorientowanie u Nuki, ale po chwili przyzwyczaiła się do nowej sytuacji i znowu bez żadnego problemu szła przy nodze. Zahaczyłyśmy również o empik, gdzie owczar zachowywał się w porządku i został wychwalony przez panią tam pracującą i kilku klientów. Prędzej bym się spodziewała jakichś nieprzychylnych komentarzy związanych z obecnością dużego, przemokniętego psa w sklepie, a tu takie miłe zaskoczenie.
Następnie, kiedy deszcz przestał aż tak mocno padać, wybrałyśmy się do pobliskiego parku, żeby chwilę odsapnąć od zgiełku tłumu i hałasów. Widać było, że Nuka potrzebowała takiego swobodnego posiedzenia i powęszenia, dzięki czemu się odstresowała i mogłyśmy wrócić do dalszego zwiedzania.

Na Wawel nas nie wpuścili z psem, więc obeszłyśmy zamek na około, a tuż przy Wiśle trafiłyśmy na jakiś festyn związany z jedzeniem. Mimo kiepskiej pogody i dopiero co zaczynającej się imprezy było tam już sporo ludzi. Niestety my nie spędziłyśmy tam dużo czasu, bo ciągle padało, a nie było tam żadnego suchego miejsca do posiedzenia, więc ruszyłyśmy dalej — a dokładnie wróciłyśmy na starówkę pozwiedzać miejsca, które ominęłyśmy, zjadłyśmy lody i skierowałyśmy się w głąb miasta w poszukiwaniu jakiejś pizzerii czy innego miejsca, w którym zjemy obiad. 
Btw. na tego kota najpierw się najeżyła i podeszła do niego taka nabuzowana, a gdy zobaczyła, że to posąg to odeszła jak gdyby nigdy nic
Kolejny dzień zaczęłyśmy od długiego spaceru na Bagrach. Jak na ładny niedzielny poranek było tam o wiele więcej ludzi niż ostatnio. Dodatkowo mężczyzna z owczarkiem niemieckim widząc nas zaczął za nami iść i domagać się interakcji, mimo że gdy ja go zobaczyłam z daleka od razu zmieniłam kierunek spaceru, co widział (Nuka często robi nieuzasadnioną aferę widząc psa samca dużej wielkości, a ja nie miałam ochoty na konfrontację, a mimo to konfrontacja nastąpiła). No ale czasem bywa i tak. Zrobiłyśmy kilka kilometrów, dodatkowo krótki trening posłuszeństwa, żeby umęczyć owczarową głowę i wróciłyśmy do hotelu się pakować.
Podróż pociągiem numer 2.
Tym razem nasze miejsca znajdowały się w czwórce, więc Nuka musiała się pogodzić z obecnością nogi od stolika na środku i naszych nóg, ale nie była z tego powodu jakoś bardzo niezadowolona. Ja jednak wiem, że następnym razem raczej znowu wybierzemy zwykłe miejsce. Większość drogi przespała. Był moment, że przez kilka minut siedziała, ale to tylko dlatego, że kobieta obok otworzyła paczkę pistacji, a taka paczka wyglądem i dźwiękiem przypomina paczkę ulubionych smakołyków Nuki, więc nic dziwnego, że się przebudziła. Osiem godzin minęło niczym osiem godzin, a Olsztyn przywitał nas deszczem.

A skoro Nuka przetrwała tak długą podróż pociągiem to teraz wiem, że bez problemu możemy podróżować po całej Polsce i odkrywać nowe miasta! :)
Kraków - Olsztyn

września 26, 2025

Pies podróżnik

Pies podróżnik
Od zawsze chciałam, aby Nuka nie miała problemu z podróżowaniem w samochodzie oraz w komunikacji miejskiej czy też międzymiastowej. Zależało mi na tym, aby była spokojna w różnych pojazdach i niezależnie od ilości pasażerów i długości trasy potrafiła grzecznie wysiedzieć w miejscu, bo nie chciałabym w przyszłości się ograniczać, co do podróżowania ze względu na nią. I na szczęście bez większego wysiłku udało mi się przyzwyczaić Bubka do tego już w pierwszym roku jej życia. W jaki sposób to zrobiłam? I co powinniśmy mieć ze sobą, aby bezpiecznie i bez problemów podróżować z psem transportem publicznym? Zapraszam do czytania!
Nuka do pociągu po raz pierwszy wsiadła mając 4 miesiące i od razu przejechała trasę trwającą godzinę i dwadzieścia minut. Nie było czasu i chęci testować najpierw krótszych tras. Na przykład przejechać tylko jeden przystanek lub dwa. Buba była odważnym i dzielnym szczeniakiem, więc od razu wpakowałam ją w taką sytuację i to było dobre rozwiązanie. Co prawda musiałam ją wnieść do środka, bo przerwa między pociągiem a peronem trochę ją przestraszyła, ale sam pociąg nie zrobił na niej żadnego wrażenia. Od razu jak zajęłyśmy miejsce, położyła się na podłodze i spała całą drogę.
1) Oczekiwanie na pierwszy w życiu przejazd pociągiem. 2) Pierwszy przejazd pociągiem. 3) W autobusie po treningu.
Pierwsze kilka przejazdów pociągiem i komunikacją miejską Nuka jeździła bez kagańca. Z dwóch powodów. Po pierwsze nie mieliśmy jeszcze wtedy go kupionego, a po drugie nie była jeszcze pełnowymiarowym owczarkiem, więc nikt nie miał z tym problemu. Jednak musicie wiedzieć, że w większości miast w transporcie publicznym (autobusy, tramwaje) jest wymóg, aby pies był na smyczy i w kagańcu lub na rękach. I ja z tym nie dyskutuję. Gdy Nuka miała osiem miesięcy pierwszy raz kierowca autobusu poprosił nas o założenie kagańca (na szczęście tuż przed tym wyjazdem do miasta postanowiłam już go kupić), więc zrobiłam to i od tej pory będąc w Olsztynie czy innym mieście zawsze ma namordnik w transporcie publicznym.

Ze względu na kwestie czasowe (kaganiec przyszedł wieczorem, a na drugi dzień już miałyśmy wyjazd do Olsztyna), podczas pierwszych kilku przejazdów Nuka nie była uczona i przyzwyczajona do kagańca. Po prostu jej go zakładałam. I dla niej to było raczej obojętne dopóki nie musiała w nim długo chodzić. Przed następnym wyjazdem miałyśmy zrobione już kilka treningów i wprowadzoną komendę na zakładanie go. Jednak mimo że u nas poszło gładko z kagańcem to wiem, że u wielu osób tak nie było, dlatego ważne jest, aby dać psu się oswoić z namordnikiem zanim wpakujemy go do autobusu czy pociągu pełnego ludzi, bo może to poskutkować niemiłymi skojarzeniami i oporami przed kolejną podróżą.
W pociągu z różnych wyjazdów.
Tak jak pisałam, w autobusach i tramwajach teraz już Nuka jest zawsze w kagańcu. Gdy podjeżdżają na przystanek, mówię komendę "mordka" i przed jej pyskiem ustawiam namordnik, w który ona sama wpycha nos. Wtedy przez głowę przekładam pasek i pies jest gotowy do jazdy. Przez to, że jest to kaganiec fizjologiczny, więc jest dość spory, Nuka nie zawsze może się w nim wygodnie ułożyć, co ją czasem denerwuje, ale mimo to daje sobie ładnie radę i nie próbuje go zdejmować. Często, gdy wracamy po intensywnym spacerze, potrafi się rozłożyć na podłodze tak, że zajmuje połowę szerokości tramwaju i ludzie chodzą nad nią, a ona nawet się nie poruszy (możecie zobaczyć to na jednym ze zdjęć w tym wpisie).

W pociągach natomiast w naszym przypadku z tym kagańcem to zależy. Podróżujemy głównie liniami polregio i choć w regulaminie jest nakaz smyczy i kagańca (jeśli pies jest luzem, nie w transporterze) to ja przeważnie go Nuce nie zakładam. Dopiero, gdy konduktor (pasażerowie) mnie o to poprosi lub przed wejściem do środka widzę, że jest tłok — robię to. I zapytacie pewnie: dlaczego tak? Bo chcę, aby Buba miała komfortową podróż. Tak jak pisałam, kaganiec uniemożliwia jej swobodne leżenie, a gdy jest bez niego niemal od razu kładzie się spać. Niektórzy konduktorzy już nas na pewno kojarzą i sprawdzając bilety nic nie mówią lub tylko pytają czy w razie co mamy kaganiec w plecaku. Inni natomiast od razu proszą o nałożenie go. Gdy jechałyśmy pociągiem intercity do i z Warszawy to już przed wejściem Nuka miała założony kaganiec ze względu na bardziej surowe podejście do regulaminu.
W pociągu: 1) wśród walizek i tłumu; 2) w intercity; 3) wokół rowery, wózek, dzieci i dorośli, a pies spał praktycznie całą drogę.
Dla Nuki podróżowanie transportem publicznym nigdy nie było problemem. Zaczęłam zabierać ją od małego szczeniaka, bo uważam, że im wcześniej tym lepiej. Mieszkając na wsi nie mamy na co dzień takich możliwości, więc musiałam poświęcić na to więcej czasu i organizować konkretne kilkudniowe wyjazdy do miasta, jednak wyszło nam to na plus i wiem, że było warto. I jeśli macie szczeniaka i własny samochód, którym normalnie podróżujecie to nie olewajcie nauki jazdy komunikacją miejską. W życiu bywa różnie i kiedyś możecie zostać zmuszeni do przewiezienia psa autobusem lub pociągiem i lepiej jest już zawczasu pokazać psu, że to nic strasznego. Wiadomo, dla jednego psa nawet, gdy jest dorosły, pierwszy w życiu przejazd transportem publicznym nie będzie niczym problematycznym, ale wiele psów bywa przestraszonych taką sytuacją (nie zliczę ile razy widziałam w autobusach i tramwajach małe zestresowane psy) i dobrze jest je z tym oswoić.

Co należy mieć ze sobą podczas podróży z psem transportem publicznym?
  • smycz i obrożę/szelki 
  • kaganiec lub transporter
  • książeczkę zdrowia z wpisanymi aktualnymi szczepieniami
To są rzeczy wymagane przez regulaminy. Małe psy można przewozić w transporterach, a gdy są na smyczy tak samo jak duże psy, powinny mieć na sobie kaganiec. Nie lubię tego gadania, że małe psy nie muszą, a duże muszą. I to nie dlatego, że mam psa rasy dużej i osobiście mnie to dotyczy. Nawet, gdy miałam niedużego psa to ten podział mnie denerwował.

Pewnego razu w niemal pustym pociągu konduktor prosiło założenie kagańca Nuce i tłumaczył to, że duże psy powinny mieć kaganiec, a małe nie chyba, że są agresywne. Odpowiedziałam mu coś w stylu, że spoko i już zakładam, a on dalej próbował mnie przekonać, że takie są zasady i powtórzył to samo zdanie co wcześniej. Na początku nie rozumiałam po co on tak się tłumaczy, skoro ja się z nim wcale nie wykłócam. Za jakiś czas z wagonu obok zaczął na nas wyglądać mały piesek, który uparcie wgapiał się w Nukę i od czasu do czasu szczekał. Oczywiście był bez kagańca. W tym czasie Nuka leżała na podłodze i miała wywalone w to, co się dzieje na około. Osobiście uważam, że skoro mój wielki śpiący pies musi mieć namordnik to taki dziamgający piesek również powinien go mieć, nawet jeśli waży tylko kilka kilogramów. Ale w tej kwestii pewnie jeszcze bardzo długo nie będzie równego traktowania.

Książeczki zdrowia psa nigdy nikt nam nie sprawdzał, ale lepiej mieć niż nie mieć. A jeśli nie książeczkę to chociaż papier od weterynarza, kiedy było wykonywane ostatnie szczepienie przeciw wściekliźnie. Kwestii smyczy i obroży czy też szelek nie trzeba tłumaczyć. Ja preferuję mieć Nukę na smyczy 1,2m lub 3-metrowej przepinanej wyregulowanej na najkrótszą. Nawet jeśli jedziemy autobusem do jakiegoś parku, gdzie biega na flexi lub smyczy 5-metrowej to dla własnej wygody najpierw wolę ją mieć na krótko i dopiero gdy wyjdziemy z pojazdu z plecaka wyjmuję dłuższą opcję.
1) Czeka na pociąg. 2) Po intensywnym spacerze drzemka w tramwaju. 3) W autobusie.
I takie to jest życie psa podróżnika. Mimo że do tej pory jeździmy najczęściej do Olsztyna, a naszą najdalszą wycieczką była podróż do Warszawy to w planach jest ich dużo więcej. Trzeba tylko znaleźć czas, odłożyć trochę grosza i można jechać zwiedzać Polskę z Wiejskim Owczarem! :)

A wy podróżujecie ze swoimi psami? Jeśli tak to w grę wchodzi tylko auto czy tak samo jak my korzystacie z transportów publicznych? Dajcie znać w komentarzu!
1) Jedzie na trening autobusem. 2) W tramwaju nocą. 3) W pociągu wśród tłumu, a na przeciwko siedzi wielki pies.
Copyright © Wiejski Owczar , Blogger