sierpnia 30, 2026

Działamy

Działamy
Z pracą z psem jest tak, że jest ogrom wzlotów i upadków. Pies ma lepsze i gorsze dni, ty masz lepsze i gorsze dni i albo mimo przeciwności ciśnie się dalej, albo robi się przerwę i wraca po chwili, po kilku dniach czy tygodniach. W moim przypadku do niedawna było to drugie "albo". To lato miało być dla nas pod względem posłuszeństwa sportowego bardziej przełomowe, jednak źle wymierzyłam siły na zamiary i praca na poranną zmianę 4-12 (czasem 3-11) okazała się być bardzo mi nie na rękę w połączeniu z chęcią codziennego trenowania z Nuką. Po pracy nawet jeśli były chęci to temperatura praktycznie w ogóle nie pozwalała nam na trenowanie na zewnątrz (i w sumie w domu także, bo w środku nie było wcale chłodniej), a gdy późnym wieczorem już się ochładzało i nawet by można było poćwiczyć, to godzina była na tyle późna, że musiałam zbierać się do spania przed kolejnym dniem pracy. Tak więc dwa miesiące minęły nam tak sobie. A przecież egzamin BH sam się nie zda, a problemy codziennego życia jakie mamy również same się nie rozwiążą, więc mając już wolne — trzeba w końcu zacząć działać!
Może zacznę od tego, co rzadko zauważam, a mianowicie małe poprawy w zachowaniu Nuki. Myślę, że nie tylko ja mam problem z docenianiem tych małych pozytywnych zmian, a przecież od tego wszystko się zaczyna.

Przede wszystkim w końcu Nuka potrafi zostać sama w zamkniętym pokoju i nie robi w związku z tym afery. Często wieczorami lub nocą wychodzę z pokoju i zamykam go z Nuką w środku, bo po prostu nie chcę, aby biegała niepotrzebnie po schodach, a ona zazwyczaj nawet nie zwraca uwagi na to, że sobie idę. Kiedyś to było nie do pomyślenia i zawsze kończyło się skakaniem po drzwiach i szczekaniem. Ostatnio testowo nawet zostawiam ją w ciągu dnia na chwilę i do tej pory za każdym razem była grzeczna i oby tak zostało. To jest rzecz, której nie ćwiczyłyśmy jakoś specjalnie, a Nuka "nauczyła się" jej sama i jestem bardzo zadowolona z tego. Wygląda jakby w końcu dorosła do zostawania samemu.

Kolejną kwestią jest większa samokontrola i potrafienie olewania psów na spacerach. Nie zawsze, nie na każdym wyjściu, ale widzę, jak ona się stara panować nad sobą. Moje komendy już nie wlatują jej jednym uchem i wylatują drugim, a zatrzymują się na chwilę w tym jej móżdżku i powodują, że owczar trochę myśli. I to jest jedna rzecz, która fest mnie cieszy, ale jest też jednocześnie bardzo denerwująca. Bo na jednym spacerze miniemy kilka psów, Nuka ma ładny kontakt ze mną i nawet nie ruszy w ich kierunku albo wyskoczy, ale zaraz się opanuje, a za dwa dni naszczeka na wszystkie napotkane psy. I wtedy się zastanawiam, co poszło nie tak skoro niby wszystko jest tak samo, jak tamtego dnia. Potem przez kilka spacerów znowu jest dobrze, a później wraca owczar wieśniak. I dlatego z jednej strony widzę postępy, które mnie cieszą, a z drugiej czuję, jakbyśmy stały w miejscu (choć nie stoimy). Ale działamy dalej w tym temacie na każdym spacerze i jeszcze będzie biegać luzem po wsi bez zaczepiania innych psów — nie teraz, nie za miesiąc, ale nadejdzie taki moment, że ziści się moje egoistyczne marzenie o pełnej wolności dla owczara.
Powiedzmy sobie szeczerze: nic nie wyjdzie jeśli nie ma odpowiedniej relacji z psem. Znaczy, może wyjdzie, ale na chwilę, a nie na całe życie. A niestety nie ma co ukrywać my z Nuką nie mamy super relacji i choć widać między nami więź to do pracy sportowej uważam, że to co mamy to niewiele i powinnam podziałać nad jej poprawą. A jak najlepiej budować relację i więź z psem? Zabawą, pozytywnymi emocjami i stabilnością we wspólnym życiu.

Na ogół ja najbardziej lubię spędzać z Nuką czas spacerując, więc ta zabawa choć jest, to jest jej mało. Kiedy była szczeniakiem zdecydowanie bardziej zwracałam na nią uwagę. Obecnie szarpaki czy piłki służą nam głównie jako nagroda w treningu, a nie do zwykłej zabawy w przeciąganie czy aport. A przecież zabawa z psem to bardzo prosta rzecz, dająca zaskakująco dużo pozytywów, a mimo to wielu właściciele psów (w tym ja) to zaniedbuje. Dlatego teraz do naszego codziennego harmonogramu aktywności wprowadzam trochę więcej zwykłej zabawy. Powinno nam to fajnie podbudować pewność siebie oraz sprawić, że pies będzie chętniejszy do interakcji ze mną w treningu, bo będzie czerpał więcej przyjemności ze wspólnej pracy, wiedząc, jak fajnie może razem być. Jednak jeśli wcześniej w ciągu dnia nie znajdę paru chwil na przeciąganie się szarpakiem, a wieczorem wleci domowy trening wspomagający do obrony sportowej to i tak uznam to za element zabawy.
Kolejną kwestią są wspominane wyżej treningi wspomagające do obrony sportowej. My do pozoranta na obronę jeździmy bardzo rzadko, bo średnio raz na dwa miesiące, ale Nukę to kręci, więc przy okazji szkoleń z posłuszeństwa zazwyczaj jedno wejście przeznaczone na obronę. Już kiedyś robiłam takie treningi na własną rękę, ale na cienkim szarpaku z juty Nuka nie mogła robić poprawnego chwytu, więc ostatecznie zrezygnowałam z nich do czasu aż kupię poduszkę do gryzienia. I ten czas nadszedł teraz. Znalazła się kasa i zamiast wydać ją na kolejne smaczki, którymi Nuka wzgardzi, zdecydowałam się kupić poduszkę oraz szarpak na tyle szerokie, że Nuczka może fajnie je łapać. Nie będzie ich jakoś strasznie dużo, ale jak raz lub z dwa razy w tygodniu poświęcimy na to 10 minut to myślę, że nie dość, że Nukę to fajnie zmęczy to właśnie popracujemy nad chwytem i oszczekiwaniem.

Poza tym oczywiście ciśniemy ten schemat i w ogóle posłuszeństwo pod BH (i nie tylko). Nadal małymi fragmentami, choć zdarzyło się z dwa czy trzy razy polecieć całość ciągiem, ale nadal z użyciem pochwał słownych, czy lekkich korekt smyczą. I osobiście za każdym razem byłam z tego zadowolona, ale wciąż wiem, że to jeszcze nie etap egzaminowy. Wrzesień poświęcić chcę na treningi stricte poza domem i działką. To znaczy, zamierzam po prostu w trakcie spaceru zatrzymywać się na boisku na osiedlu, w parku, na parkingu itd. i tam przez dosłownie 10 minut robić z Nuką elementy posłuszeństwa. W różnych miejscach i w różnych rozproszeniach. Dodatkowo trochę zmieniam zasady i choć trening zawsze zaczynał się i nadal zaczyna słowami "zaczynami trening" to aktualnie nie pokazuję Nuce ani żarcia, ani zabawki. Czekam, aż się na mnie skupi, a następnie robimy np. kilka kroków z "równaj" i dopiero wtedy z kieszeni wyciągam szarpak. Liczę, że to sprawi, że Nuka będzie bardziej zainteresowana interakcją ze mną w rozproszeniu, bo mimo braku widocznej nagrody będzie miała w głowie zakodowane, że i tak się ona pojawi, ale nie będzie miała pojęcia co tą nagrodą będzie (szarpak, piłka, smakołyki).
Dziennik treningowy, który przez te kilka wiosenno-letnich miesięcy leżał zakurzony na półce z książkami od jakiegoś czasu znowu jest w użytku i tak pięknie udało mi się rozplanować w nim końcówkę sierpnia oraz wrzesień, że aż po prostu tylko czekam, żeby coś w nim zanotować, a to prowadzi do ogromnej chęci robienia czegoś z Nuką. Serio — notowanie postępów, regresów, śledzenie ilości i częstotliwości konkretnych aktywności z psem, podkreślanie najważniejszych elementów jest bardzo motywujące do działania. Nawet jeśli nie przeczytam tego ponownie to samo opisanie treningu sprawia, że układam sobie w głowie co nam wyszło tego dnia, a co trzeba poprawić i w jaki sposób to zrobić. Poza tym dużo nagrywam sobie treningów i analizuję potem interesujące mnie elementy. Dzięki temu np. widzę, że choć z mojej perspektywy Nuka szła dobrze przy nodze, to od boku widać jednak było, że idzie lekko z tyłu. A jeśli coś wyjdzie super i wstawię urywek na sociale, a potem oglądam go w kółko zanim relacja nie zniknie, to czuję kolejnego kopa do dalszej pracy.
Na początku sierpnia jeszcze dużo narzekałam na Nukę. W myślach, co prawda, byłam poniekąd świadoma jakichś tam postępów i tego, że fajny z niej pies, ale... Na głos więcej narzekałam na nią, podkreślałam tylko te negatywne zachowania niż cieszyłam się progresu jaki robimy. A przecież nie o to chodzi. I gdy zastanawiałam się skąd mi się to wzięło, to (choć trudno to przyznać oficjalnie) sprawcą okazało się oglądanie tych wszystkich świetnych psów w social mediach i owczarków niemieckich, które są tak zmotywowane i tak zaangażowane we współpracę z człowiekiem. Wiecie, widok małego szczeniaka, który za żarcie zrobi wszystko i robi ładne chodzenie przy nodze albo ma szybkie zwroty sprawiał, że zaczęłam się obwiniać, że za mało trenowałam z Nuką, gdy ona była szczeniakiem. I przez głowę przelatywała mi co jakiś czas myśl, że teraz to już ma tak utarte schematy zachowań, że nie ma szans tego wypracować. Ale to było błędne myślenie i teraz, kiedy jestem tego świadoma, moje podejście się zmieniło. Dlatego zamiast narzekać, że coś jest nie tak po prostu działam i cieszę się z mojego wymarzonego owczarka.


czerwca 16, 2026

Weekendowy Kraków z psem

Weekendowy Kraków z psem
Pod koniec maja wybrałyśmy się z Nuką na szybką weekendową wycieczkę do Krakowa. Choć słowo "szybka" częściowo jest niezgodne z prawdą, bo nazwanie siedmiogodzinnej podróży pociągiem czymś szybkim byłoby kłamstwem i to ogromnym. Ale w kwestii samego czasu spędzonego w Krakowie to fakt — była to bardzo szybka wycieczka, bo byłyśmy tam niecałe dwa dni.
Podróż pociągiem numer 1.
Siedem godzin jazdy pociągiem nawet dla mnie brzmi dość męcząco, a co dopiero dla psa? Mimo małych obaw co do tego, jak Nuka zniesie tak długą podróż, ani razu przez myśl mi nie przeszło, żeby zrezygnować czy szukać opcji przejazdu z przesiadkami, żeby mieć czas na spacer. I na dobre mi to wyszło. Na trasie Olsztyn-Kraków po wejściu do pociągu Nuka była nieco zdezorientowana, ale tak jak ja, bo miałyśmy mieć miejsce w czwórce przy stoliku, jednak przez zmianę składu pociągu przypadło nam zwykłe miejsce. Początkowo miał ktoś się do nas dosiąść, jednak państwo byli bardzo mili i z racji wolnych miejsc za nami uznali, że póki nikogo nie ma to oni sobie tam usiądą. Bardzo nam to ułatwiło podróż, bo Nuka mogła się swobodnie rozłożyć w nogach, przewracać z jednego boku na drugi i elegancko spać przez calutką podróż. Serio, sama mnie tym zaskoczyła. Dosłownie w momencie ruszenia pociągu ze stacji w Olsztynie, Nuka opadła na podłogę i do stacji w Krakowie nie podniosła się wcale. Ponad 7 godzin drogi. No dobra, zdarzyło jej się unieść głowę, ale trwało to za każdym razem kilka sekund i zaraz znowu wracała spać. Nie zdenerwował jej nawet mały pies przechodzący przy jej głowie czy też później krzyczący na cały wagon. Na przechodzących korytarzem ludzi nawet nie zwracała uwagi.
Olsztyn - Kraków
Kraków.
Kraków przywitał nas strasznym tłumem na dworcu. Manewrowanie z bagażem i dużym psem nie było wygodne, mimo to poszło nam sprawnie i w miarę szybko przeszłyśmy do tunelu tramwajowego skąd ruszyłyśmy w stronę naszego hotelu. W tramwaju również było dość tłoczno i przede wszystkim bardzo głośno podczas jazdy. Nawet hałas warszawskiego metra nie był tak męczący, jak krakowskie tramwaje. Nuka siedziała grzecznie, czasem tylko reagując na głośne stukanie. Niestety — z nie do końca znanego mi powodu — dosłownie przystanek przed naszym docelowym postanowiła zwymiotować żółcią. Wykluczam powód jakim mógłby być głód, bo z samego rana dostała jedną trzecią swojego śniadania, a poza tym przecież ona potrafi nie jeść czasem cały dzień i nic jej nie jest, więc być może było to na tle stresowym. Po tym jak wysiadłyśmy Nuka zachowywała się, jak gdyby nigdy nic.
Hotel przywitał nas pokojem na 3 piętrze, więc niestety trzeba było kilka razy dziennie chodzić po schodach, co nie do końca było dla Nuki komfortowe, ale jest jak jest. Nuczka czuła się jak u siebie, szybko się zaaklimatyzowała, znalazła swój ulubiony kąt w pokoju i tam najczęściej spała. Oczywiście gdy tylko mogła pchała mi się na łóżko, bo na co dzień w domu nie ma takiej wolności.

Dzień pierwszy zakończyłyśmy wypadem na Bagry, które były dość blisko hotelu. Piątkowy wieczór był bardzo ciepły i słoneczny, więc było tam bardzo dużo ludzi i psów, ale Nuczka zachowywała się bardzo ładnie. Szła na flexi, żeby miała więcej swobody po całym dniu bycia ograniczonym owczarem i wcale nie żałowałam tego wyboru (a powiem wam szczerze, że czasem żałuję). Fajnie się słuchała, nie wywaliła się na żadnego psa jakoś bardzo niemiło, robiła ładne mijanki, kiedy trzeba było nawet spokojnie poleżała na trawie. Do wody oczywiście również weszła. Miała zakaz, ale tak jej się chciało pić, że pozwoliłam jej podejść do brzegu. A że ona pije wodę całą sobą to zamoczyła się do brzucha (na całościową kąpiel nie było szans, jeśli miała wyschnąć przed wejściem do hotelu).
Drugi dzień rozpoczęłyśmy wcześnie rano i od razu ruszyłyśmy na luźny spacer po Bagrach. Było pochmurnie, trochę deszczowo, więc zakładałam, że będzie tam mało ludzi i się nie pomyliłam. Spacer był przyjemny, nawet zrobiłyśmy krótki trening posłuszeństwa, który wyszedł bardzo fajnie.

Po powrocie do hotelu i krótkim odpoczynku ruszyłyśmy w kierunku starego miasta, wcześniej zahaczając o szybkie śniadanie, podczas którego Nuczka grzecznie leżała przy stoliku. Tak naprawdę nie miałyśmy planu gdzieś konkretnie iść. Raczej wszystko odbywało się na zasadzie: pokręcimy się w kółko, może coś zjemy w jakiejś knajpce, posiedzimy w parku przy starówce i jakoś tak ten czas minie. Dodatkowo zaczęło padać i po czasie uważam, że to nawet lepiej niż gdyby miało świecić cały dzień pełne słońce, choć wtedy nie byłyśmy zachwycone (brak jakiegokolwiek parasola czy kurtki przeciwdeszczowej, bo bagaż musi być jak najmniejszy, a prognozy przecież zapowiadały słoneczko).
Na starówkę dojechałyśmy tramwajem. Ludzi było okropnie dużo nawet jak na tak brzydką pogodę, ale nie było to dla Nuki żadnym problemem. Dzielnie dreptała przez miasto, nawet kilka razy zapozowała spokojnie do zdjęcia i została na odległość (gdy ja odeszłam kilka metrów, żeby zrobić jej fotkę). Na moment weszłyśmy do sukiennic, gdzie już człowiek niemal stał na człowieku. Widziałam lekkie zdezorientowanie u Nuki, ale po chwili przyzwyczaiła się do nowej sytuacji i znowu bez żadnego problemu szła przy nodze. Zahaczyłyśmy również o empik, gdzie owczar zachowywał się w porządku i został wychwalony przez panią tam pracującą i kilku klientów. Prędzej bym się spodziewała jakichś nieprzychylnych komentarzy związanych z obecnością dużego, przemokniętego psa w sklepie, a tu takie miłe zaskoczenie.
Następnie, kiedy deszcz przestał aż tak mocno padać, wybrałyśmy się do pobliskiego parku, żeby chwilę odsapnąć od zgiełku tłumu i hałasów. Widać było, że Nuka potrzebowała takiego swobodnego posiedzenia i powęszenia, dzięki czemu się odstresowała i mogłyśmy wrócić do dalszego zwiedzania.

Na Wawel nas nie wpuścili z psem, więc obeszłyśmy zamek na około, a tuż przy Wiśle trafiłyśmy na jakiś festyn związany z jedzeniem. Mimo kiepskiej pogody i dopiero co zaczynającej się imprezy było tam już sporo ludzi. Niestety my nie spędziłyśmy tam dużo czasu, bo ciągle padało, a nie było tam żadnego suchego miejsca do posiedzenia, więc ruszyłyśmy dalej — a dokładnie wróciłyśmy na starówkę pozwiedzać miejsca, które ominęłyśmy, zjadłyśmy lody i skierowałyśmy się w głąb miasta w poszukiwaniu jakiejś pizzerii czy innego miejsca, w którym zjemy obiad. 
Btw. na tego kota najpierw się najeżyła i podeszła do niego taka nabuzowana, a gdy zobaczyła, że to posąg to odeszła jak gdyby nigdy nic
Kolejny dzień zaczęłyśmy od długiego spaceru na Bagrach. Jak na ładny niedzielny poranek było tam o wiele więcej ludzi niż ostatnio. Dodatkowo mężczyzna z owczarkiem niemieckim widząc nas zaczął za nami iść i domagać się interakcji, mimo że gdy ja go zobaczyłam z daleka od razu zmieniłam kierunek spaceru, co widział (Nuka często robi nieuzasadnioną aferę widząc psa samca dużej wielkości, a ja nie miałam ochoty na konfrontację, a mimo to konfrontacja nastąpiła). No ale czasem bywa i tak. Zrobiłyśmy kilka kilometrów, dodatkowo krótki trening posłuszeństwa, żeby umęczyć owczarową głowę i wróciłyśmy do hotelu się pakować.
Podróż pociągiem numer 2.
Tym razem nasze miejsca znajdowały się w czwórce, więc Nuka musiała się pogodzić z obecnością nogi od stolika na środku i naszych nóg, ale nie była z tego powodu jakoś bardzo niezadowolona. Ja jednak wiem, że następnym razem raczej znowu wybierzemy zwykłe miejsce. Większość drogi przespała. Był moment, że przez kilka minut siedziała, ale to tylko dlatego, że kobieta obok otworzyła paczkę pistacji, a taka paczka wyglądem i dźwiękiem przypomina paczkę ulubionych smakołyków Nuki, więc nic dziwnego, że się przebudziła. Osiem godzin minęło niczym osiem godzin, a Olsztyn przywitał nas deszczem.

A skoro Nuka przetrwała tak długą podróż pociągiem to teraz wiem, że bez problemu możemy podróżować po całej Polsce i odkrywać nowe miasta! :)
Kraków - Olsztyn

maja 11, 2026

Recenzja akcesoriów spacerowych od Esmefordog

Recenzja akcesoriów spacerowych od Esmefordog
Na początku 2026 roku po raz kolejny zostałam zaproszona z moim psem, aby nawiązać współpracę z psią firmą produkującą akcesoria spacerowe — Esmefordog. Wcześniej, kilka lat temu, z moją Milką, a tym razem z Nuką. Współpraca jest na zasadzie barteru (produkt za zdjęcia psa w produkcie), więc recenzja ta nie jest w żaden sposób sponsorowana. Po prostu z racji, że lubię pisać to postanowiłam podzielić się moją szczerą opinią na temat tych akcesoriów. Zapraszam do czytania!
Akcesoria spacerowe.
Produkty jakie otrzymałyśmy to obroża na klamrę o szerokości 3,5 cm, szelki guard o szerokości 3,5 cm oraz 2-metrowa smycz tradycyjna o szerokości 2 cm. Wzór to Orange tiger — niebiesko-pomarańczowy, zimowo-jesienny motyw z motylkowymi wstawkami. Na początku wydawało mi się, że nie będzie pasował do Nuki, jednak po kilku spacerach przekonałam się do niego i uważam, że niebieski to jej drugi najbardziej pasujący kolor.

Z akcesoriów tych korzystamy już ponad 3 miesiące. Jak się sprawdzają?
Jak akcesoria się u nas sprawdzają?
Z racji, że miałam już doświadczenie z akcesoriami tej firmy kilka lat temu, a Nuka jako szczeniaczek przez moment również nosiła obrożę od nich (szybko z niej wyrosła) to zakładałam, że i tym razem jakość wykonania otrzymanych produktów i ich wytrzymałość będą na najwyższym poziomie. Oczywiście gdzieś tam w głowie pojawiała się myśl, że karabińczyk puści przy mocniejszym szarpnięciu ze względu na to, że wybrałam cieńszą smycz, w której karabińczyk być może nie jest dostosowany do silnego psa ważącego ponad 30 kilogramów. Dlatego też najpierw poczyniłam ładne zimowe zdjęcia, a dopiero potem zaczęłam zakładać Nuce te akcesoria na zwykłe spacery.
Na co dzień używamy obroży, więc to ona do tej pory najwięcej przeżyła. Ma bardzo fajny regulator długości, który nawet przy silniejszych szarpnięciach czy podczas ciągnięcia nie luzuje obroży. Nuka poza domem nosi obrożę ciasno i dlatego bardzo sobie cenie to, że w przypadku tego produktu nie muszę martwić się, że poluzuje mi się, zjedzie niżej na szyi i w trakcie spaceru czy treningu będę musiała ją na nowo regulować. Klamra mimo że jest plastikowa wygląda na solidną i wytrzymałą. Kółko, do którego podpina się smycz jest duże, dzięki czemu właśnie przypinanie czy odpinanie linki jest wygodne i sprawne. Przy nim znajduje się mały plastikowy element, który służy jako miejsce do zawieszenia adresówki i to bardzo mi się podoba! Od jakiegoś czasu mamy tam przypięty medalik i nie ukrywam — jest to dużo wygodniejsze i praktyczniejsze niż, gdyby był zawieszony przy metalowym kółku (mamy tak zrobione w innej obroży). Karabińczyk nie koliduje z metalowym kółkiem z adresówki, w związku z tym nie hałasuje i nie plącze się, gdy trzeba przypiąć smycz. Bardzo fajne rozwiązanie.
Kolejno przejdę do szelek. My nie jesteśmy szelkowe, ale jeśli już to korzystamy z nich intensywnie. Nuka ma pełne przyzwolenie do ciągnięcia będąc w szelkach, ponieważ hobbystycznie uczęszczamy na treningi obrony sportowej, gdzie pies po prostu ciągnie. Więc jeśli na spacer idzie w szelkach (a czasem się zdarza) to również ma prawo sobie ciągnąć.

Szelki mają regulacje na przedniej obręczy, na tylnej obręczy oraz na dolnym pasku, dzięki czemu można je dokładnie dopasować do psa. Regulatory są tak samo dobre, jak w obroży i nic samo się nie rozluźnia. Jest w nich również małe plastikowe kółeczko na adresówkę!

Ostatnio guardy te przeszły test bojowy, bo ubrałam je Nuce na dwa treningi z obrony sportowej i sprawdziły się świetnie. Pokazało to, że są one bardzo wytrzymałe, ale także że nie przeszkadzają psu w skokach i przy ciągnięciu. Tutaj również smycz wykazała swoją moc, bo uznałam, że jak robimy test to trzeba sprawdzić też wytrzymałość karabińczyka. To że taśma nie puści było widać od razu. Jest gruba, mocno zszyta, więc byłoby dla mnie ogromnym zaskoczeniem, gdyby coś tutaj się popsuło. Z karabińczykami jest tak, że czasem tylko wyglądają na mocne, a wystarczy nagłe szarpnięcie przez psa i pękają. W tym przypadku faktycznie są one solidne. Dziesiątki wyskoków i pociągnięć, a wszystko działa bez zarzutu.
Sama smycz na co dzień służy nam raczej głównie do spacerów po mieście, gdzie Nuka chodzi spokojnie, więc fajnie było sobie ją sprawdzić w innych warunkach. Długość jaką otrzymałyśmy (2 metry) jest dla mnie idealna do miejskich wyjść, wycieczek socjalizacyjnych do galerii handlowych, jazdy komunikacją miejską itp. Jest na tyle krótka, że nie plącze się i wygodnie się ją trzyma w dłoniach, a równocześnie na tyle długa, że pies może swobodnie chodzić kawałek ode mnie i węszyć. Jak widać dobrze sprawdziła się również podczas obrony.

Poza tym akcesoria były już u nas prane ręcznie co najmniej dwa razy i kolory wciąż są bardzo ładne. Brud w postaci błota zmył się bez większych problemów, a my nadal możemy cieszyć się tym samym odcieniem niebieskiego, co na początku.
Podsumowanie.
Jestem bardzo zadowolona z akcesoriów spacerowych od Esmefordog. Nie dość, że posiadają ładne wzory o wyrazistych kolorach to jakość wykonania samych akcesoriów jest fantastyczna. Są wytrzymałe, z dużą możliwością regulacji i dopasowania do psa, a materiał smyczy wygodnie leży w dłoni. Obroża ta jest aktualnie naszą główną obrożą spacerowo-treningową, a smycz używamy niemal zawsze, gdy jedziemy na miasto.

Zdecydowanie polecam :)

maja 07, 2026

Majówka 2026 z Kudłatymi Szkoleniami!

Majówka 2026 z Kudłatymi Szkoleniami!
Tegoroczną majówkę postanowiłam spędzić na mini obozie treningowym z Kudłatymi Szkoleniami. Z racji, że ostatnio trochę utknęłyśmy w miejscu jeśli chodzi o planowanie treningów, a co za tym idzie raczej nie progresujemy za bardzo w temacie posłuszeństwa sportowego — taki wyjazd na trzy dni wydawał mi się dobrą okazją na to, żeby się zresetować i dowiedzieć w jakim kierunku powinnyśmy aktualnie iść.
Obóz odbywał się w Olsztynku. Początkowo miałam razem z Nuką nocować na placu pod namiotem, co też byłoby dla niej nowym i myślę bardzo ciekawym doświadczeniem. Jednak okazało się, że nocne temperatury zapowiadają się strasznie niskie, więc musiałam zrezygnować z tego pomysłu. Na szczęście hodowczyni Nuki znalazła dla nas miejsce w swoim samochodzie i tak każdego ranka wspólnie jechałyśmy z naszymi psami na treningi.

Po przyjeździe na plac zabierałam Nukę z auta i przenosiłam jej klatkę kennelową do chłodniejszych miejsc (pierwszego dnia do garażu, a w kolejne dni do domu, bo temperatura na zewnątrz każdego dnia dochodziła do 26-28॰C, więc w samochodzie mogłoby być dla niej za ciężko). Buba nie jest fanką zostawania w kennelu. W samochodzie w klatce zostanie bez problemu, ale w domu rodzinnym nie ma szans jej aktualnie zamknąć bez afery. Co się okazało — owczar jednak potrafi siedzieć w zamknięciu bez krzyków nawet, gdy obok przechodzą ludzie (po garażu w ciągu całego dnia co jakiś czas kręcili się panowie, a ona się tym w ogóle nie przejmowała). Było to dla mnie duże zaskoczenie, ale widzę teraz możliwość wprowadzenia na nowo kennela, ale w moim mieszkaniu (raczej już nie domu rodzinnym, ale kto wie), żeby móc ją w końcu bez stresu zostawiać samą.

Każdy dzień planowo miał się składać z wykładu oraz dwóch wejść treningowych dla każdego psa. Do wyboru było posłuszeństwo lub obrona sportowa. Z Nuką skorzystałyśmy i z jednej i z drugiej opcji.
1 maja.
Dzień pierwszy rozpoczął się od świętowania 3 urodzin Kudłatych Szkoleń. Następnie przeszliśmy do wykładu na temat psich potrzeb (jakie są, jak je zaspokoić, konsekwencje ich niezaspokojenia) oraz problemów behawioralnych u psów (skąd się biorą, jak je rozwiązywać). Nie było to dla mnie coś nowego, jednak i tak dobrze się go słuchało. W międzyczasie można było zadawać pytania, z czego uczestnicy bardzo chętnie korzystali.

Po wykładzie przeszliśmy do treningów. Byłyśmy z Nuką, którąś z kolei parą wchodzącą na plac. Było już dość gorąco, ale musiałyśmy to jakoś przetrwać. Nasz trening zawsze rozpoczyna się od komendy zapowiadającej trening, żeby dać Nuce sygnał, że "ej, teraz pracujemy, skup się" i od założenia łańcuszka, który dopełnia tę komendę. Następnie jest chwila zabawy, żeby pobudzić owczara. Po tym krótkim wstępie przeszłyśmy do właściwego treningu. Na tym wejściu Michał pokazał nam przede wszystkim jak musimy trenować zwroty o 180॰, bo to nam bardzo kiepsko wychodzi, a potrzebujemy to umieć do egzaminu. Wcześniej kompletnie nie wiedziałam, jak do tego podejść, mówiłam sobie "jakoś to ogarniemy" i zostawiałam to na później. No i to później nadeszło chyba teraz, więc mając świeżo zdobytą wiedzę, jak się za to zabrać muszę to uwzględnić w naszych majowych samodzielnych treningach. Ogólnie te zwroty, które — żeby wyszło dobrze i pies załapał o co chodzi — trzeba zrobić szybko, ale okazuje się, że nie jest to takie proste jakby mogło się wydawać. I to wcale nie jest problem z psem, bo jeśli ja dobrze do tego podejdę to wiem, że Nuka to ogarnie, ale jest to problem ze mną, moją koordynacją ruchową i ułożeniem sobie w głowie, że pewien schemat muszę wykonywać bez myślenia.

Drugie wejście wieczorem poświęciliśmy obronie sportowej. Na pierwszym treningu widziałam, że Nuka jest bardziej niż zwykle rozkojarzona placem, więc uznałam, że dobrym pomysłem będzie dać jej trochę fajnej zabawy. Bo albo to nic nie zmieni w jej skupieniu, albo kolejnego dnia będzie chętniej wchodziła na trening i lepiej pracowała, mając w głowie to, że na koniec będzie mogła obszczekać pozoranta. Ogólnie nie idziemy w tym kierunku sportowo, ale dla mnie jest to po prostu forma sprawienia psu radości, bo widzę, że bardzo lubi sobie pokrzyczeć i pogryźć poduchy. Więc raz na jakiś czas niech ma coś fajnego.
2 maja.
Dzień drugi zaczęliśmy od wykładu na temat regulaminu BH-VT. Było lekkie opóźnienie, więc kiedy część teoretyczna się zakończyła, temperatura była już na tyle wysoka, że nie było możliwości, żeby pracować z psami na placu w pełnym słońcu. Razem z ekipą pozmienialiśmy, więc plany trenerowi i namówiliśmy go na wyjazd z psami nad jezioro. W moment zapakowaliśmy się do samochodów i pojechaliśmy do lasu, na krótki spacer, który doprowadził nas nad piękne jezioro. Nuka będąc bez smyczy była momentami bardzo zdezorientowana grupą sześciu psów, ale nie wpadła w panikę. Raczej próbowała wpasować się z stado, a kiedy psy ją przytłaczały przychodziła do mnie szukać wsparcia. Zaraz jednak biegła z powrotem do nich.
Oczywiście mój pies brudas zahaczył o pierwsze napotkane bagno i sobie w nim popływał, a potem jak mogła wejść do czystej wody w jeziorze to już nie miała ochoty na kąpiel. Ostatecznie ładnie popływała, jednak unikając raczej reszty stada, która szalała w wodzie. Aż dziwnie było to widzieć, wiedząc jak ona potrafi się zachowywać w obecności pojedynczego psa. Ale myślę, że trochę dało jej do myślenia takie spotkanie z innymi psami, i poprawi nam się nieco reakcja na psy na spacerach. Do auta wracała już na smyczy, żeby się uspokoiła zanim wejdzie do kennela i żeby przypadkiem znowu nie wpakowała się do tego bagna.

W związku z tym spacerem tego dnia każdy miał tylko po jednym wejściu, co też było spoko. Z Nuką robiłyśmy posłuszeństwo: trochę chodzenia przy nodze na szarpak (dzień wcześniej zabawką była piłka) oraz zostawanie i przywołanie typowo pod BH-VT. Michał pokazał mi kolejny sposób na przyspieszenie przybiegania, które znowu nam się spowolniło. I ta metoda faktycznie zaczęła działać już po kilku powtórzeniach, więc będziemy działać z tym dalej.
3 maja.
Ostatniego dnia została zmieniona kolejność zajęć. Najpierw wszystkie psy zrobiły po jednym wejściu na plac, następnie był wykład na temat tego jak przygotować się do egzaminu BH-VT (co trzeba mieć, jak powinny wyglądać treningi przygotowawcze, ile czasu poświęcić itp.) i wieczorem kolejne wejścia.

Tym razem poszłyśmy z Nuka jako pierwsze. Michał wytłumaczył mi, jak dzielić przebieg BH-VT na poszczególne etapy i w których momentach na tych etapach nagradzać psa, żeby lepiej pracował. Nadal mam problem z podawaniem psu nagrody (czy to żarcia, czy zabawki), bo zamiast w pozycji zasadniczej dawać ją od góry, ja daję ją od przodu, przez co pies zamiast z automatu patrzeć w górę, patrzy na przód. To tylko i wyłącznie mój zły nawyk, który muszę szybko zmienić.

Wieczorem, na koniec obozu, zrobiłyśmy z Nuką obronę sportową. Przez te 3 dni otrzymałam na tyle dużo informacji dotyczących posłuszeństwa sportowego, że na ten moment muszę to sobie wszystko poukładać w głowie, rozpisać w dzienniku i zacząć wprowadzać do naszych samodzielnych treningów. Dlatego jako ostatnie wejście tego weekendu zrobiłyśmy coś z większą frajdą dla owczara.

Kiedy już większość ekipy się rozjechała Nuczka miała okazję pobiegać jeszcze przez moment po placu z pomeranianem i boston terrierem i — ku mojemu zaskoczeniu — wcale nie była względem nich nachalna i dopóki boston nie zainicjował gonitwy to ona tylko obserwowała i kręciła się w odległości. Potem jeszcze dołączył do nich duży kundelek Yuki i wtedy faktycznie rozpoczęło się szaleństwo.
Podsumowanie.
To była bardzo przyjemna majówka. Z treningów wyciągnęłam wiele wniosków i zostałam nakierowana na to na czym aktualnie powinnam się skupić, jeśli chcę podchodzić do egzaminu BH-VT pod koniec tego roku. Dziękuję za wszystko i działamy dalej!

kwietnia 05, 2026

Trening sportowy z Georgiosem Chatzakosem!

Trening sportowy z Georgiosem Chatzakosem!
28 marca 2026 r. uczestniczyłyśmy z Nuką w treningu sportowym z Georgiosem Chatzakosem zorganizowanym przez Kudłate Szkolenia. Założenia były takie: pokazać jak ćwiczymy i dostać rady, co do dalszej pracy z psem w kontekście egzaminu BH-VT.

Na treningi do Georgiosa, które odbywają się w okolicach Olsztyna jeżdżę już od prawie roku, ale zawsze jako obserwator i fotograf. Mimo że bez psa to i tak za każdym razem udawało mi się wyciągnąć coś cennego tylko z obserwacji innych przewodników z psami i wprowadzić to do naszych treningów. Jednak kiedyś musiał nadejść ten moment, że na plac wejdę nie z aparatem, a z własnym psem.
Przebiegi.
Razem z Nuką miałyśmy dwa wejścia treningowe, które poświeciłyśmy posłuszeństwu. Najpierw pokazałam Georgiosowi nasz rytuał rozpoczynający każdy trening, a potem chodzenie przy nodze. Oczywiście już na początku poradził mi albo inaczej bawić się z psem piłką (później pokazał również jak), albo całkowicie przejść na nagrodę w postaci jedzenia. Choć uważam, że moja metoda zabawy piłką nie jest najgorsza to jednak on patrząc z innej perspektywy i mając dużo większe doświadczenie najprawdopodobniej widzi więcej sygnałów wysyłanych przez Nukę i może faktycznie piłka jej nie służy. Pozostałą część treningu robiłyśmy więc na karmę.

Skupiliśmy się na chodzeniu przy nodze na kontakcie. Dostałam rady, co robić, gdy Nuka zwalnia albo zaczyna się rozglądać zamiast patrzeć w górę oraz jak poprawnie układać dłoń i samą postawę ciała tak, aby usprawnić detale. Po wdrożeniu ich w nasze samodzielne treningi faktycznie pomogło. Kolejną sprawą, która ma ulepszć nam ładne tuptanie jest mój szybszy chód. Nuka nie lubi chodzić wolno, gubi się i traci zainteresowanie, gdy idziemy wolno. Kiedy przyspieszam automatycznie chętniej patrzy w górę. Jest to rzecz, nad którą to ja muszę popracować, a Nuka się dostosuje i obie będziemy zadowolone.
Przerobiłyśmy także przywołanie na dużą odległość, które mimo że działa to jest średnie. Te sportowe przywołanie z siadaniem przede mną oczywiście.
Podsumowanie.
Bardzo dobre doświadczenie potrenować pod okiem innego trenera. Inne spojrzenie na nas, inne rady, inne rozwiązania — dzięki temu mogę lepiej dostosować poznane metody do Nuki i do siebie również. To był dobry trening i dobrze spędzony dzień na placu.

Copyright © Wiejski Owczar , Blogger